Rok 2011 rokiem Marii Sklodowskiej - Curie
- www.ePolonia.us
- -► Felietony
- Category: Iwona Sikorski Szczupak
- Utworzono: 03 lipiec 2011
- Żródło: Iwona Sikorska - Szczupak
- Hits: 840
W Warszawie przy ulicy Wawelskiej znajduje się Instytut Radowy. Przed tym Instytutem jest niewielki park, w którym często bawiłam się jako dziecko. Biegając po alejkach parkowych czasami zatrzymywałam się przed skromnym pomnikiem kobiety zastanawiając się dlaczego wystawiono jej ten pomnik i kim była.
A była to Maria Skłodowska-Curie: wielka uczona, podwójna noblistka, odkrywczyni polonu, radu oraz zjawiska promieniotwórczości; prekursorka fizyki i chemii jądrowej, wielkiego formatu patriotka i społeczniczka, kochająca żona i matka; kobieta, której nieobce były burze namiętności i niespełnionych uczuć.
Maria Skłodowska-Curie (1867-1934) jest jedyną kobietą, którą uhonorowano Nagrodą Nobla w dwóch różnych dziedzinach naukowych. W 1903 roku wspólnie z mężem Piotrem Curie i fizykiem Henri Becquerelem otrzymała Nobla z fizyki za badania nad promieniotwórczością. W 1911 r. za odkrycie nowych pierwiastków: polonu i radu, nagrodzono ją Nagrodą Nobla w dziedzinie chemii.
Sejm przyjął uchwałę o ustanowieniu roku 2011 Rokiem Marii Skłodowskiej-Curie.
"W setną rocznicę przyznania Marii Skłodowskiej-Curie Nagrody Nobla w dziedzinie chemii za odkrycie nowych pierwiastków polonu i radu, Sejm RP postanawia oddać hołd jednemu z najwybitniejszych naukowców naszych czasów, którego przełomowe odkrycia przyczyniły się do światowego rozwoju nauki" - napisano w uchwale.
Maria Salomea Skłodowska urodziła się w Warszawie, przy ul. Freta 16 jako piąte dziecko w rodzinie nauczycieli – jej ojciec wykładał matematykę i fizykę w gimnazjum, a matka była przełożoną szkoły żeńskiej. Wszystkie dzieci państwa Skłodowskich
otrzymały staranne, jak na owe czasy, wykształcenie i wychowywane były w atmosferze nauki i pracy oraz miłości do Ojczyzny. Mała Mania okazała się nieprzeciętnie zdolnym dzieckiem, obdarzonym niezwykłą pamięcią. Zawsze bardzo dobrze się uczyła, a gimnazjum ukończyła z wyróżnieniem, otrzymując złoty medal.
Zmuszona do pracy ze względu na trudną sytuację finansową rodziny, 19 – letnia Mania została guwernantką we dworze państwa Żórawskich, we wsi Szczuki. Tu poznała syna swoich pracodawców – Kazimierza i wkrótce, z wzajemnością zresztą, szaleńczo się w nim zakochała. Rodzice młodzieńca jednak nie chcieli nawet słyszeć o małżeństwie z panną bez posagu, a syn nie potrafił się im przeciwstawić. Była to bardzo bolesna lekcja, po której upokorzona uboga panna opuściła dom zamożnych gospodarzy.
Dodajmy tu słowo o Kazimierzu Żórawskim - tym nieszczęśliwie zakochanym młodzieńcu - późniejszym znanym matematyku, profesorze i rektorze Uniwersytetu Jagiellońskiego. Mówiło się, że zachował jednak wspomnienie swej młodzieńczej miłości, a pod koniec życia zadumany często siadywał w parku pod pomnikiem uczonej.
Po tych dramatycznych wydarzeniach Maria znalazła nową pracę, gdzie spędziła kolejny rok. Tymczasem przyszedł list z Paryża: jej siostra Bronia zapraszała do siebie, oferując jej wikt i opierunek. Niestety, Marii nie było wówczas stać na opłacanie nauki na francuskiej uczelni, a poza tym nadal liczyła na ślub z Kaziem Żórawskim, z którym widywała się w Warszawie. Poza tym uzyskała dostęp do Laboratorium Muzeum Przemysłu i Rolnictwa, gdzie kierownikiem pracowni fizycznej był jej starszy kuzyn. W tymże laboratorium Maria po raz pierwszy zetknęła się z pracą naukowo-badawczą i być może wtedy właśnie na poważnie zaczęła myśleć o swej naukowej przyszłości. Tymczasem siostra Bronia wciąż nalegała, by Maria przyjechała do Paryża. I ta w końcu zdecydowała się na wyjazd. Co ją skłoniło do powzięcia takiej decyzji? List od Kazia Żórawskiego zrywający ich dotychczasowe stosunki! Ze złamanym sercem w listopadzie 1891 roku Maria wyjeżdża wreszcie do francuskiej stolicy. Zapisała się na Wydział Nauk Ścisłych, zdała egzaminy i podjęła studia na Sorbonie. Mieszkała na jednym z poddaszy Dzielnicy Łacińskiej w bardziej niż skromnych warunkach. Rano chodziła na wykłady, po południu do laboratorium, wieczorami przesiadywała w bibliotece, gdzie było cieplej i jaśniej niż w jej mieszkanku na szóstym piętrze. Często marzła, żywiła się głównie rzodkiewkami i herbatą, ale uczyła się na okrągło. Nie wiadomo kiedy jeszcze znajdowała czas, by udzielać korepetycji, ale dzięki nim mogła się jakoś utrzymać. Trud i samozaparcie opłaciły się: w dwa lata później Maria uzyskała, i to z pierwszą lokatą, licencjat z fizyki. Od razu podjęła pracę w laboratorium profesora Lippmana, promotora jej pierwszej samodzielnej pracy naukowej, nie przerywając zresztą studiów, które ukończyła w roku 1894 uzyskaniem licencjatu z matematyki.
W tym samym roku Skłodowska poznała świetnie zapowiadającego się doktoranta Piotra Curie, wykładowcę fizyki pracującego w laboratorium Becquerela. Początkowo połączyły ich wspólne zainteresowania: Curie zarekomendował Becquerelowi swą znajomą z Polski, a ten ostatni zaproponował jej studia doktoranckie pod swoją opieką. Z biegiem czasu pomiędzy Marią i Piotrem zrodziło się nieśmiałe uczucie. Jednak w sierpniu Maria postanowiła wyjechać do swego kraju. Jako wielka entuzjastka i patriotka pragnęła kontynuować pracę naukową na jednej z uczelni w ówczesnej Galicji, w Krakowie lub Lwowie. Jednak jej osobiste starania w kraju o możliwość podjęcia pracy naukowej spełzły na niczym!
Z bólem w sercu i wielkim rozczarowaniem, a równocześnie z olbrzymią wolą poświęcenia się nauce wróciła jesienią 1894 roku do Paryża. Przedtem jednak wysłała kartkę do Piotra, na którą on w odpowiedzi napisał:
„… jakże by pięknie było - nawet nie mogę w to uwierzyć - gdybyśmy spędzili życie razem, zapatrzeni w nasze ideały: Pani ideał patriotyczny oraz nasze wspólne ideały - ogólnoludzki i pracy naukowej…”.
Takie słowa na każdej kobiecie wywarłyby wielkie wrażenie, panna Skłodowska także nie pozostała na nie obojętna i po powrocie zaangażowała się w tę znajomość.
Rok 1895 zapisał się dla tej pary w sposób szczególny: Piotr Curie otrzymał tytuł doktora fizyki, a 26 lipca odbył się ich ślub w podparyskim Sceaux, gdzie mieszkali rodzice Piotra. Panna młoda ubrana była w prostą granatową garsonkę i niebieską bluzkę, nie miała welonu i nie było też obrączek. Na przyjęciu weselnym zajadano się pieczonym indykiem i brzoskwiniami, zaś rozmowa przy stole toczyła się bardzo miło, bo wszyscy członkowie rodziny Marii, nawet ci, którzy przyjechali z Polski, mówili biegle po francusku.
„Najpiękniejszym odkryciem Piotra Curie jest Maria Skłodowska-Curie” – powiedział kiedyś Frederick Soddy, słynny chemik brytyjski. Po kilkudziesięciu latach z poważnym uczonym podjęła żartobliwą polemikę profesor Helene Joliot-Langevin, wnuczka Marii i Piotra, mówiąc te słowa: „…moja babcia dokonała najpiękniejszego odkrycia swego życia. W 1894 roku odkryła Piotra Curie”.
A zatem odkryli się wzajemnie, pokochali, pobrali, i pojechali na miesiąc miodowy do Bretanii. Po powrocie podjęli wspólną pracę w rozsławionej potem szopie. Maria i Piotr znakomicie się uzupełniali. On zajmował się teorią i abstrakcją, ona opierała się na konkretach, mocno stąpając po ziemi.
Córka - Irena Curie - przyszła na świat w domu, 12 września 1897 r. Fakt ten odnotowany został w księdze wydatków zapisem: „szampan – 3 franki, telegramy 1,10 franka”. W przerwach między ciężką pracą w laboratorium Maria prowadziła dom, jakimś cudem znajdując nawet czas na smażenie konfitur z agrestu!
Pierwsze lata nowego stulecia przyniosły małżonkom Curie światowe uznanie i wielkie osiągnięcia naukowe. Madame Curie w roku 1903, jako pierwsza kobieta we Francji, obroniła pracę doktorską, a zachwyceni egzaminatorzy do zdobytego przez nią tytułu dodali określenie „trés honorable” (bardzo zaszczytnie). Prawdziwie wielki zaszczyt jednak przyszedł u schyłku roku - w grudniu Maria, wraz z mężem i Antoine Henri Becquerelem, zostaje uhonorowana Nagrodą Nobla za odkrycie polonu i radu oraz za odkrycie zjawiska promieniotwórczości naturalnej. Była to pierwsza Nagroda Nobla, w której wyróżniono przedstawiciela Polski.
Dzięki tej nagrodzie nienajlepsza dotąd sytuacja finansowa rodziny zaczęła się poprawiać, co zwłaszcza w tym czasie miało istotne znaczenie, bowiem 6 grudnia 1904 roku Maria powiła drugą córkę Ewę. Najbliższe półtora roku to bodaj najszczęśliwszy okres w życiu rodziny Curie. Ich szczęście nie potrwało jednak długo: 19 kwietnia 1906 roku na ulicy Dauphine, pod kołami wozu konnego ginie w tragicznym wypadku Piotr Curie. Była to dla Marii prawdziwa katastrofa - straciła bowiem towarzysza życia i pracy. Zrozpaczona i osamotniona po kilkunastu dniach zaczęła pisać dziennik, w którym znalazły się takie słowa:
„…Wchodzę do salonu. Mówią mi: «On nie żyje». Czy można pojąć podobne słowa?”
Jedynym ratunkiem dla Marii okazła się ciężka praca. Na szczęście Rada Wydziałowa Sorbony postanowiła utrzymać katedrę utworzoną dla Piotra Curie i powierzyć ją jego żonie wraz z pełnią władzy nad laboratorium. Dla Marii istniało tylko to i córki. Czas dzieliła między katedrę i wychowywanie dzieci – Ireny (późniejszej noblistki) i Ewy oraz pracę w laboratorium. Z bezgraniczną wytrwałością i poświęceniem, naukowo i metodycznie zaczęła dążyć do wyodrębnienia radu w stanie metalicznym, prowadząc jednocześnie wykłady na Sorbonie i w Sévres (pracowała tutaj jako nauczycielka fizyki w żeńskim seminarium) oraz przygotowując 2−tomowy traktat o promieniotwórczości. Wreszcie w 1910 roku przyszedł sukces – udało się otrzymać metaliczny rad oraz polon niemal w czystej postaci.
W roku 1911 tylko dwóch głosów zabrakło jej do tego, aby stała się jednym z czterdziestu członków Akademii Francuskiej. Według niektórych ocen zadziałały tu w znacznej mierze ataki prasy, w gwałtowny sposób przejawiającej nieufność wobec rzadkiego jeszcze wówczas zjawiska, jakim była kobieta-naukowiec, a także ksenofobiczną postawę wobec cudzoziemców. Wkrótce po porażce w Akademii spadł na Marię kolejny cios, który omal nie zrujnował jej kariery i pozycji społecznej. Głośnym echem odbił się w prasie bulwarowej we Francji i poza jej granicami romans uczonej ze swoim współpracownikiem i uczniem Piotra Curie, Paulem Langevin, który trwał od lata 1910 do roku. Langevin (żonaty i mający czworo dzieci i... nieudane (!) małżeństwo, które od dawna się nie układało), fascynował Marię-uczoną nie tylko jako obdarzony „cudowną inteligencją” (jak o nim pisała w liście do przyjaciółki) fizyk. Podobno w 1906 roku wymyślił słynną formułę E=mc2, ale miał pecha, bo wcześniej na ten sam pomysł wpadł Albert Einstein! Przystojny i pełen uroku osobistego Paul także (a może przede wszystkim) wypełniał pustkę w życiu Marii-kobiety, powstałą po śmierci męża. Ona sama w oczach prasy, zwłaszcza brukowej, stała się osobą rozbijającą rodzinę; po wtóre była od Paula o 5 lat starsza, a na domiar złego - była cudzoziemką. Gazety przez dłuższy czas upajały się tym romansem, umieszczając sprawę na pierwszych stronach. „Le Journal”, jeden z największych paryskich dzienników, zamieścił na pierwszej stronie artykuł „Historia miłosna pani Curie i profesora Langevina”: „Ognie radu, który promieniuje tajemniczo na wszystko, co go otacza, zrobiły nam niespodziankę. Wznieciły pożar w sercach uczonych, którzy z uporem studiują jego działanie; tymczasem żona i dzieci uczonego toną we łzach...”. Protesty Marii, o ile w ogóle były drukowane, zamieszczano drobnym drukiem, mimochodem, na ostatnich stronach. Niestety, tym razem Maria niewłaściwie ulokowała swoje uczucia, bowiem kilka lat później Langevin spłodził nieślubne dziecko z jedną ze swych byłych studentek. Ironią losu było to, że na jego prośbę Maria zorganizowała młodej matce posadę w swym laboratorium.
Niezwykłym zbiegiem okoliczności jest fakt, że wiele lat później Michel Langevin, wnuk Paula, ożenił się z Hélène Joliot, wnuczką Marii Skłodowskiej-Curie. Na dodatek oboje byli - podobnie jak ich rodzice i dziadkowie - naukowcami w dziedzinie fizyki nuklearnej.
7 listopada 1911 roku (w 44 urodziny Marii) Komitet Noblowski przyznaje jej kolejną nagrodę, tym razem z chemii, za prace nad polonem i radem oraz za wyodrębnienie go w czystej postaci. Okoliczności przyznania i wręczenia tej drugiej nagrody każą twierdzić, że był to jeden z najbardziej dramatycznych momentów w całej historii Nobli. Maria była bowiem jedyną laureatką, którą oficjalnie poproszono, aby nie przyjeżdżała po odbiór nagrody, a najlepiej w ogóle z niej zrezygnowała. Powodem był ów nieszczęsny romans i nagonka na Marię, rozpętana we francuskiej prasie. Szwedzi obawiali się skandalu w czasie ceremonii wręczania nagród. Na przełomie listopada i grudnia 1911 roku pomiędzy Paryżem a Sztokholmem trwała gorączkowa wymiana korespondencji. Zaniepokojony zamieszaniem szwedzki uczony, członek Komitetu Noblowskiego, pisze do Marii, że Akademia najwyraźniej pospieszyła się ze swoim werdyktem i sugeruje, by pani Curie nie pojawiała się w Sztokholmie.
„Uważam, że nie ma żadnego związku pomiędzy moją pracą naukową a życiem prywatnym – odważnie i rzeczowo replikuje Maria. – [...] Z zasadniczych przyczyn nie zgadzam się z poglądem, że potwarz i zniesławienie mogą mieć wpływ na ocenę wartości pracy naukowej. Jestem przekonana, że opinię tę podziela wielu ludzi. Bardzo mi przykro, że jest Pan innego zdania”.
Do Sztokholmu napisał również Paul Langevin. W długim liście opisał całą sytuację, wyjaśniając jakie kręgi kryły się za wywołaną kampanią oszczerstw. Zaapelował także do Komitetu Noblowskiego o nieuleganie wpływom tej, z gruntu niesprawiedliwej, kampanii.
W końcu, zebrawszy raz jeszcze całą swą siłę i odwagę, Maria bohatersko podjęła wyzwanie. Ubrana w skromną czarną koronkową suknię, blada jak płótno, ale bardzo piękna, tak szczupła, że niemal przezroczysta, odebrała z rąk króla Gustawa V medal i dyplom. 11 grudnia, w amfiteatrze Królewskiej Szwedzkiej Akademii Nauk, wygłosiła pewnym głosem wspaniały wykład noblowski o promieniotwórczości i ukłoniła się skinieniem swojej, prawie już całkiem siwej, głowy. Audytorium - wybitni uczeni z całego świata, cały niemal sztokholmski korpus dyplomatyczny i rodzina królewska - nagrodziło ją burzą oklasków. Bez najmniejszych zakłóceń przebiegła też wieczorna kolacja u króla, podczas której Marię usadowiono niemal naprzeciw szwedzkiego monarchy.
Po Jej śmierci Albert Einstein, z którym łączyła ją wieloletnia przyjaźń, w pięknym eseju napisał, że „była jedynym niezepsutym przez sławę człowiekiem spośród tych, których przyszło mu poznać".
Iwona Sikorska - Szczupak