Spełniać Swoje Marzenia

Studio Form Artystycznych - JUMPGoethe powiedział kiedyś: „Cokolwiek zamierzasz zrobić, o czymkolwiek marzysz, zacznij działać. Śmiałość zawiera w sobie geniusz, siłę i magię.” I nie udało mi się znaleźć lepszego zdania by opisać to co robią twórcy zespołu „JUMP”.



Jego przedstawienia to właśnie geniusz i magia! A Ewa i Wacek Barnakowie już od dawna działają i mają śmiałość marzyć, tworzyć, iść do przodu, wydobywać talent oraz zaszczepiać pasje i miłość do tańca kolejnym pokoleniom młodych Polaków mieszkających w Chicago.

Ivo Widlak rozmawia z Ewą i Wackiem Barnakami o powstaniu Studia Form Artystycznych „Jump”, codziennej działalności zespołu, poświęceniu, pasji, planach na przyszłość oraz ich najnowszym spektaklu „Zima”.



Kiedy powstało Studio Form Artystycznych „Jump”?

Ewa: Wszystko zaczęło się w naszym rodzinnym mieście, Tarnowie. Tam, w czerwcu 1989 roku, zrealizowałam swój pierwszy autorski spektakl „Chodźmy poszaleć”, wyreżyserowany przez Krzysztofa Nowaka. Zespół „Jump” powstał niedługo przed tą właśnie datą. Z Wackiem (obecnym mężem) byliśmy wtedy parą, wiec chyba nikt inny nie mógł być bardziej odpowiedni w kwestii muzyki niż on. „Wciągnęłam” go i do dzisiejszego dnia tworzymy zawsze razem, uzupełniając się wzajemnie. Nietrudno zatem wyliczyć, że ideą tą paramy się  już ponad dwadzieścia lat. To spory szmat czasu!

Ewo, co było dla Ciebie inspiracją do stworzenia zespołu?

Ewa: Pomysł zrodził się w mojej głowie, kiedy przestałam być tancerką i zamarzyłam o tym, aby kreować własne wizje i obrazy – a chcę tu dodać, że nie tylko na tańcu oparty był mój świat. Duże znaczenie przy podejmowaniu decyzji o stworzeniu Studia „Jump” (może nawet największe) miał fakt, iż z zawodu jestem również plastykiem. Przez 5 lat uczyłam się o kolorach, kompozycjach, projektowaniu itp. Wszystko to jest skutecznym narzędziem, które do dziś mogę wykorzystywać, aby swobodnie projektować kostiumy i scenografię do nowych widowisk. Nieobca jest mi przestrzeń, w której czuję się jak „rybka w wodzie” i mogę bez ograniczeń komponować w niej taneczne obrazy, widząc je oczami wyobraźni już wcześniej, zanim powstaną na scenie.

Tak więc „Jump” to nasza pierwsza formacja, pierwsza idea, którą zdecydowaliśmy się przenieść na inny kontynent i kontynuować. Mówią, że prawdziwa miłość nie rdzewieje, zwłaszcza ta pierwsza, i chyba to prawda, bo wystarczyło raz zakosztować magii sceny, aby już na zawsze się z nią związać.

A czym zajmowałaś się zawodowo zanim powstał „Jump”?

Ewa: W czasach „polskich” zajmowałam się  tym samym, czym obecnie się zajmuję. Oprócz stałego etatu plastyka w jednej z placówek kulturalnych w Tarnowie, czyli w obecnej Mościckiej Fundacji Kultury, zajmowałam się nauką tańca. Właśnie tam powstawały pierwsze pomysły, tam przeżyliśmy pierwsze ekscytacje z tym związane. To stało się mocną bazą dla naszej przyszłej twórczości artystycznej. Okres ten był dla nas równocześnie cudowną nauką pracy na scenie.

Czy Ty Wacku od początku byłes w zespole?

Wacek: Polska to dla mnie muzyka, muzyka i jeszcze raz muzyka. Koncerty, studia, kształcenie młodych adeptów gry na instrumentach klawiszowych, które w tamtych czasach były zupełnie nowym zjawiskiem i środkiem wyrazu myśli muzycznej. Ale po poznaniu Ewy, która już wtedy zajmowała się tańcem, „poległem”. Moja wyobraźnia zaczęła szaleńcze podróże po obszarach dotąd mi nieznanych. Komponowanie muzyki do tańca stało się twórczym uzupełnieniem moich muzycznych aspiracji i wyobrażeń. „Widząc” swoje dźwięki zmaterializowane na scenie, wiedziałem, że nic innego nie chcę już robić. To jakby tworzyć i jednocześnie „widzieć” w tym samym czasie. Muzyka obrazów, która pozwala na odczuwanie pełni – to coś, o czym marzy każdy artysta. I tak zostało do dziś.

Czy prowadzenie takiego zespołu jak „Jump” w Polsce wyglądała podobnie jak w Chicago?

Ewa: Działalność zespołu tu, w USA, wygląda nieco inaczej niż odbywało się to w Polsce. Tam, mimo wszystko, było o wiele łatwiej. Było miejsce do ćwiczeń, za które nie trzeba było słono płacić, była pod ręką scena z całym zapleczem i ekipa techniczna zajmująca się światłem, nagłośnieniem, były krawcowe, konferansjerzy – słowem: wszystko. Kiedy wyjechaliśmy z kraju, mieliśmy w sercu silną potrzebę i chęć kontynuowania wątku: taniec – muzyka. Jednak na samym początku wydawało nam się to nie do zrealizowania, no, bo jak, gdzie i z kim? Przecież na horyzoncie nie jawiło się nic konkretnego, nic, co obiecywałoby jakieś pozytywne zmiany. Wtedy zdarzały się nawet małe depresje.

Jednak nie poddaliście się.

Ewa: Z marzeń nie wolno nigdy rezygnować, bo one są po to, aby nas motywować, popychać do przodu i przysparzać pozytywnej energii oraz nadziei. Przecież marzenia nie są po to, aby tylko istnieć w naszych rozmarzonych głowach i „leżeć” jak na półce w sklepie! Trzeba im pomóc zaistnieć. I tak właśnie było z nami! One dodawały nam motywacji, a że były piękne jak bajka, postanowiliśmy zrobić wszystko, aby się spełniły.

Wynika z tego, że początki nie były najłatwiejsze?

Ewa: Ten pierwszy etap tworzenia Studia, kiedy zdaliśmy sobie sprawę, że salę do ćwiczeń trzeba wynająć, że nie będzie reżysera, krawcowych i ekip technicznych, i że odpowiedzialność za wszystko, od A do Z, spoczywa na naszych ramionach, był bardzo trudny i nie stwarzał wtedy optymistycznych wizji. Zrozumieliśmy bolesną prawdę, że wszystko trzeba zrobić samemu, bo pieniędzy dla ludzi, którzy mogliby pomóc, nie było.
Tak więc kupiłam maszynę do szycia, aby móc szyć kostiumy, Wacek rozpoczął działania w celu stworzenia własnego studia nagrań. Potem były następne potrzeby, a łatwo nie było, bo do Stanów przyjechaliśmy z dwójką maleńkich dzieci, z których to starsze miało dwa latka. Długo nie mogliśmy sobie pozwolić np. na zakup własnego domu, bo okazywało się – choć brzmi to niedorzecznie, bo cóż może być ważniejszego od własnego domu, ale w naszym przypadku tak właśnie było – wciąż było coś ważniejszego.

Jakie są Wasze zadania w zespole?

Ewa: Jeśli chodzi o koncerty, to wszystko, co związane z występami i spektaklami, rozdzielamy pomiędzy siebie. Ja zajmuję się choreografią, kostiumami, rekwizytami i scenografią, a Wacek muzyką, aranżacją, prowadzeniem dwóch grup wokalnych.

A jeśli chodzi o pomysły?

Wacek: Pomysłodawczynią i inspiratorką wszystkich naszych przedsięwzięć jest Ewa. To ona daje sygnał do „startu”, ona rozpoczyna wszystko. To w jej głowie rodzą się na pozór całkowicie abstrakcyjne i niemożliwe pomysły. Potem są wspólne dyskusje, czasem kłótnie (uśmiecham się), czas przemyślenia, znowu dyskusje, znowu spory i rodzi się to „coś”.

Czy dobrze rozumiem, że cały zespół „napędzają” tylko  dwie osoby?

Wacek: Dawniej byliśmy we dwoje. Dziś jest nas już czworo. Nasze córki, Sabina i Agnieszka, dorosły już na tyle, że czynnie uczestniczą we wszystkim, co wiąże się z pracą Studia. Obie kształcą się na wzór rodziców – jednak bez żadnych „odgórnych” dyrektyw – w kierunkach artystycznych: choreografii, tańca, plastyki, muzyki. To już studentki, które całkowicie świadomie podejmują artystyczne decyzje – dla nas bardzo często zaskakujące i jakże inspirujące. Bardzo też nam pomagają.

A zatem „Jump” to projekt rodzinny?

Wacek: Wydaje mi się, że nasza rodzina to taki mały, artystyczny kombinat twórczy. Każdy na pozór zna swoje miejsce, ale gdy wszyscy razem znajdziemy się na scenie, zaczynamy wchodzić w swoje role zupełnie tego nie zauważając. Szanujemy bardzo wzajemne uwagi i są one dla nas bardzo cenne.

Kto tańczy w zespole „Jump”?

Ewa: W zajęciach Studia „Jump” może brać udział dosłownie każdy. Przyjmujemy dzieci od czwartego roku życia wzwyż. U nas nie istnieje selekcja. Pracujemy ze wszystkimi: zdolnymi i mniej utalentowanymi, szczupłymi i „puszystymi”. Jeśli dziecko lubi tańczyć, pomagamy mu tę pasję rozwijać. Naszym celem nie są przeglądy, konkursy, nagrody czy wyróżnienia, ale rozwijanie poczucia piękna. Zarażamy sceną, staramy się eliminować kompleksy, przekonujemy do realizacji własnych marzeń, które, jak nic na świecie, najlepiej pozwalają wyzwalać się z zahamowań i niedowartościowania. Jest dla nas wielką nagrodą, kiedy dzieciak, który na początku współpracy z nami chował się gdzieś po kątach i sam ustawiał się w ostatnim rzędzie nigdy się nie uśmiechając – nagle otwiera się, staje na równi ze wszystkimi na scenie w światłach reflektorów, a na jego twarzyczce pojawia się uśmiech od ucha do ucha, mówiący: „Widzicie, ja też istnieję!”. I to jest największa dla nas nagroda! Bo co człowiekowi ze statuetek na półkach w porównaniu z tym uśmiechem?

Zatem macie własną filozofię tego, co robicie?

Ewa: Często jest tak, że dzieciaki mają w sobie niesamowity potencjał, nawet te najbardziej ciche i skryte. I zdarza się, że nieraz je „poniesie” i wymknie się z ich ciałek niekontrolowany ruch, podyktowany muzyką. I co ja wtedy robie? „Kupuję” to, pozwalając im tym samym na bycie twórcą! A bycie twórcą to nie byle co! Tę świadomość dzieci później przenoszą na inne sfery życia wierząc, że mają coś do powiedzenia, że też coś potrafią, że mogą, że nie są nikim, a ich pomysły mają prawo zaistnieć.

Wacek: Ponieważ Studio liczy obecnie ponad 100 osób, naszym obowiązkiem jest sprawić, aby wszyscy mieli szansę na przeżycie pięknych chwil artystycznego uniesienia. Chwil, w których spełniają się marzenia, chwil, za które niejeden oddałby wiele. Jest nimi czas spędzony na rozświetlonej bajecznymi kolorami scenie, moment dla wielu jeszcze tak niedawno, wydawałoby się, niemożliwy w rzeczywistości. Dla nich właśnie przygotowujemy co roku dwa wielkie przedstawienia: zimowe i wiosenne. To nie są tylko tak zwane przeglądy taneczne dla pokazania rodzicom, że coś się robi,  że nasze słowa nie są puste i że czas, jaki spędzają z nami ich pociechy ma sens. Łączymy w tych widowiskach rzeczywistość, jaką zapamiętaliśmy z Polski, z rzeczywistością artystycznego spełniania się, z jaką tu się zmagamy. To motywuje do jeszcze większego wysiłku, aby nawet z tymi mniej uzdolnionymi zachwycić potencjalnych odbiorców. Nie tylko rodziców, bo oni, jak wszyscy rodzice, zawsze będą swoimi pociechami zachwyceni. Chcemy z naszych koncertów wydobyć coś więcej. Coś nieuchwytnego, coś, co pozostaje w sercu, a czego już nigdy nie będzie można z pamięci wymazać. Ogromną rolę we wszystkich tych przedsięwzięciach pełni nasza najstarsza grupa – „Jump”. To ich ciężka praca jest  motorem i fundamentem naszych widowisk. To na nich opieramy główny ciężar koncertu. Pracują bardzo dużo, ale myliłby się ktoś, kto sądzi, że robią to z przymusu. Jest to dla nich, jak mówi jeden z tytułów naszego widowiska, „najpiękniejszy czas”. Za to jesteśmy im ogromnie wdzięczni. Bez nich nie byłoby „Jumpu”, nie mielibyśmy możliwości spełniania naszych marzeń. Zawsze będziemy pamiętać o nich jako o naszych pięknych aniołach, przynoszących  na swoich skrzydłach powiew nowej twórczej energii, będącej balsamem dla naszych dusz.

Czego możemy spodziewać się po Waszym najnowszym programie, „Zima”?

Ewa: W najbliższym czasie, czyli 23 stycznia 2011 o godz.6 pm będzie można zobaczyć widowisko taneczno-muzyczne „Zima”, które zostanie zaprezentowane w Guerin Prep. Auditorium przy 8001 W. Belmont  Avenue. Jak wskazuje tytuł, będzie to impresja o tematyce zimowej i – jako że polski okres świąteczny trwa nieco dłużej niż amerykański – jeszcze świątecznej. Będzie można zobaczyć pomysłową choreografię w różnych stylach i rozmaitych rytmach, począwszy od subtelnych układów klasycznych poprzez modern dance, jazz , pantomimę, na hip hopie kończąc. W scenografii i kostiumach będą dominowały kolory biały i srebrny, a zatem będzie bardzo nastrojowo, bajkowo i tajemniczo. Obok polskich i amerykańskich kolęd, będzie można również usłyszeć skomponowane przez Wacka świąteczne utwory oraz  wiele innych pomysłów muzycznych w jego aranżacji.
Wacek: Zaprezentujemy też kilka etiud tematycznych, które są przez nas szczególnie ulubione, gdyż możemy w nich opowiedzieć jakąś historię, czyli „wytańczyć słowa”. Jedną z nich będzie nasza studyjna wersja „Dziadka do orzechów”, którą zatytułowaliśmy „Świąteczny sen”. Zobaczycie też „Zwariowane laleczki”, którym świąteczny, cudowny czas przewrócił w głowach. Będą roztańczeni Mikołaje, Mikołajki i, jak zwykle, w tę zimową scenerię wpleciemy nasze aktualne hity, o które widzowie nas często proszą. Ostatnio stał się nim „The Phantom of the Opera” w „jumpowym” stylu. Tak więc okraszając całość operą, otrzemy się również o światową scenę! Nasze koncerty przeznaczane są dla wszystkich i świetnie bawią się na nich młodsi, starsi, a także ci najbardziej wymagający, czyli młodzież. Serdecznie zapraszamy nie tylko tych, którzy zawsze są z nami, ale również tych, którzy naszej pracy jeszcze nigdy nie widzieli.

W Waszych wypowiedziach często przewija się słowo „marzenia”. Na koniec zatem pytanie: jakie są Wasze marzenia?
Wacek: Naszym marzeniem jest mieć komfort tworzenia. Chcielibyśmy, jak dawniej, pracować bez ograniczeń z reżyserem rozumiejącym i kochającym scenę, taniec i muzykę, ze specjalistami od oświetlenia, czującymi nasze potrzeby. Chcielibyśmy pracować z tymi, którzy nasze twórcze, zwariowane pomysły potrafiliby zamienić w wymarzony przez nas artystyczny efekt finalny. To jest nasze marzenie. Wszystkiego w życiu mieć się nie da. Zresztą i po co? To przecież podczas łączenia rożnych koncepcji, spojrzeń i pomysłów rodzą się najpiękniejsze i najwartościowsze dzieła. No, i mamy jeszcze jedno wielkie marzenie: chcielibyśmy dalej robić to wszystko, co robimy dotąd dla publiczności, która będzie wymagała od nas najwyższej próby poziomu artystycznego. Takiej publiczności, która potrafi docenić, ale i takiej, która potrafi swoją krytyką pomóc być jeszcze doskonalszym. Marzenia i ich spełnianie to nasze życie. To jego cel. I jestem pewien, że to już wkrótce nastąpi.

Ewa: W jednym z naszych utworów śpiewamy: „Obudź w sobie marzenia, obudź wspomnienia,

Otwórz do siebie drzwi. Popatrz, wszystko się zmienia w twoich marzeniach, Zobacz, jak pięknie może być!” I właśnie te słowa dedykujemy wszystkim naszym słuchaczom,widzom, sympatykom znajomym i przyjaciołom!

Dziękuję Wam za rozmowę i życzę spełniania tych wszystkich marzeń, bowiem takich ludzi jak Wy, Ewa i Wacku w naszej chicagowskiej Polonii bardzo potrzeba!
Sabina, Ewa, Wacek i Agnieszka
Rozmawiał: Ivo Widlak / ePolonia



TV Polvision - Chicago